https://ocdn.eu/pulscms-transforms/1/sVOk9kpTURBXy9mYjYxYjdiYmIxZmM0YWZhNDk2ZTJhOGE5ODMyZTMyZi5qcGeTlQMAzIDNEA7NCQeTBc0DFM0BvJMJpjRiOTI5ZgaBoTAB/plan-byl-taki-ze-senat-w-tym-tygodniu-mial-zakonczyc-prace-nad-ustawa.jpg
"Plan był taki, że Senat w tym tygodniu miał zakończyć prace nad ustawą" , Foto: Tomasz Gzell / PAP

Wybory prezydenckie na prawnym zakręcie [ANALIZA]

Wybory prezydenckie ponownie znalazły się na prawnym zakręcie. Ponadpolityczne porozumienie okazało się, jak zwykle, niewiele warte. Tym razem opozycja rozpoczęła grę na opóźnienie wyborów, które miałyby się odbyć dopiero po wygaśnięciu obecnej kadencji prezydenta Andrzeja Dudy.

by

Mimo upływu kolejnych tygodni wciąż nie wiemy, kiedy odbędą się wybory prezydenckie i w jakiej formie zostaną one przeprowadzone. We wtorek doszło do kolejnego nieoczekiwanego zwrotu i kolejnej próby odsunięcia terminu wyborów. Tym razem swoje przysłowiowe pięć groszy na zaistniałym bałaganie prawnym postanowiła zarobić opozycja, która złamała ponadpolityczny kompromis wokół wyborów, do jakiego udało się nie tak dawno doprowadzić. Obóz rządzący, jak i opozycja wstępnie porozumieli się co do tego, że wybory prezydenckie należy przeprowadzić przed 6 sierpnia, czyli zanim upłynie obecna kadencja. W tym celu konieczne jest uchwalenie przez parlament zmian w prawie wyborczym.

Plan był taki, że Senat w tym tygodniu miał zakończyć prace nad ustawą, którą szybko przegłosować miałby Sejm, by marszałek Elżbieta Witek mogła ogłosić kalendarz wyborczy, a my wszyscy poznać wreszcie datę wyborów.

Senat rozgrywa wybory

Ten scenariusz stał się jednak dość szybko nieaktualny, tak jak zawarty kompromis. Najpierw senackie komisje wydłużyły prace nad ustawą wyborczą, co w praktyce oznacza, że nie wyjdzie ona w tym tygodniu z Izby Wyższej.

Oliwy do ognia dolał marszałek Tomasz Grodzki, który zapowiedział zwołanie posiedzenia Senatu dopiero na przyszły tydzień, argumentując przy tym, że im dłużej senatorowie pracują nad tą ustawą, tym przekonują się, że nie można w obecnej sytuacji przeprowadzić normalnie wyborów.

Wypowiedź ta spotkała się z otwartą krytyką marszałek Witek, która wprost stwierdziła, że została oszukana i to nie po raz pierwszy.

Jednak niemalże parlamentarną wojnę wywołała poprawka zgłoszona przez wicemarszałków Senatu Gabrielę Morawską-Stanecką (Lewica) oraz Michała Kamińskiego (PSL), zakładająca, że ustawa wejdzie w życie z dniem 6 sierpnia 2020 r. Oznaczałoby to w praktyce opóźnienie wyborów prezydenckich o nawet kilka miesięcy oraz doprowadzenie do sytuacji, w której po upływie kadencji Andrzeja Dudy nie będzie urzędującego prezydenta.

Zdaniem wnioskodawców o tym, kiedy mają się w Polsce odbyć wybory, nie powinna decydować marszałek Sejmu, a konstytucja, według której termin możliwości odbycia się wyborów prezydenckich zamknął się 23 maja. "Konstytucja nic nie mówi o tym, że uchwała PKW stwierdzająca brak możliwości głosowania na kandydatów stanowi podstawę ogłoszenia nowych wyborów. Art. 128 jest precyzyjny i przewiduje sytuację, że wybory mogą być zarządzone na inny termin – w razie opróżnieniu urzędu prezydenta – nie później niż w 14. dniu po opróżnieniu urzędu, a data (wyborów) ma być wyznaczona w ciągu 60 dni od tej daty. W związku z tym, okienko konstytucyjne do zarządzenia nowych wyborów otwiera się 6 sierpnia" – mówiła Morawska-Stanecka, apelując też o opinię ekspertów na temat tego, czy zgodnie z konstytucją wybory prezydenta mogą odbyć się między 23 maja a 5 sierpnia.

Zobacz także

Furia w PiS

Poprawka, która ma być podobno uzgodniona z senackim klubem KO, choć część senatorów Platformy przyznawała w kuluarach, że nie jest to jeszcze przesądzone, doprowadziła do furii polityków Prawa i Sprawiedliwości. Jak twierdzą, Platforma rękoma senatorów chce, nie zważając na interes państwa oraz konstytucję, doprowadzić do chaosu prawnego, w którym najważniejszy urząd w kraju nie będzie obsadzony.

– Niech nikt nie ma złudzeń, że Platformie chodzi o doprowadzenie do wyborów. Im chodzi o granie na czas, by Rafał Trzaskowski mógł prowadzić swoją kampanię jak najdłużej i w ten sposób zwiększać swoje szanse na wygraną z Andrzejem Dudą – mówi Onetowi wpływowy polityk PiS.

W PiS panuje przekonanie, że wybory prezydenckie muszą odbyć się przed 6 sierpnia, a najlepszą datą będzie 28 czerwca. Właśnie tę datę wskazał prezes PiS Jarosław Kaczyński na wspólnej konferencji prasowej razem z liderami partii koalicyjnych: Zbigniewem Ziobrą i Jarosławem Gowinem, na której oskarżono opozycję o granie interesem Polski.

Jak podkreślają nasi rozmówcy z Nowogrodzkiej, Platforma sama sobie obecnie szkodzi, skracając w ten sposób czas Trzaskowskiemu na zbieranie podpisów koniecznych do rejestracji komitetu wyborczego, gdy już termin wyborów zostanie oficjalnie ogłoszony.

– Dziś to Platforma na oczach milionów Polaków robi wszystko, by wybory się nie odbyły. Niezależnie od tego, co wydarzy się jeszcze w Senacie, termin 28 czerwca jest niezagrożony i wybory wtedy się odbędą – podkreśla nasz rozmówca.

Platforma gra na zwłokę

Patrząc na zapisy w ustawie, na podstawie której miałyby odbyć się wybory prezydenckie, trudno dziwić się jednak taktyce przyjętej przez polityków PO. Jeśli przepisy te zostaną uchwalone i wejdą w życie, najtrudniejsze warunki do prowadzenie kampanii będzie miał właśnie kandydat Platformy Rafał Trzaskowski, który zastąpił w wyścigu o Pałac Prezydencki wycofaną przez partię Małgorzatę Kidawę-Błońską.

Kontrowersje budzi choćby zapis o 50-proc. limicie wydatków z funduszu na kampanię, czy zasada praw nabytych, która zdaniem polityków PO może być podstawą do podważenia wyników całych wyborów przez Sąd Najwyższy. – Reguły gry powinny być dla wszystkich kandydatów takie same – mówią otwarcie politycy PO, którzy przyznają także, że mają pełną świadomość, że im później odbędą się wybory prezydenckie, tym notowania Andrzeja Dudy i PiS będą spadać w związku choćby ze skutkami epidemii i nadciągającym kryzysem gospodarczym.

Wybory po 6 sierpnia?

Politycy opozycji mają przynajmniej w jednej kwestii rację: konstytucja nie przewiduje sytuacji, w której wybory prezydenckie się po prostu nie odbywają. A z taką sytuacją mamy obecnie właśnie do czynienia i największą winę za ten obecny galimatias prawny ponoszą politycy Zjednoczonej Prawicy.

To w dużej mierze przez wewnętrzne spory i głośną woltę Jarosława Gowina, która zablokowała wybory 10 maja, dziś zbliżamy się do sytuacji, w której urząd prezydenta może zostać nieobsadzony. A doprowadzenie do takiej sytuacji byłoby nie tylko wysoce nieodpowiedzialne, ale mogłoby pociągnąć naprawdę trudne do przewidzenia skutki zarówno te polityczne, jak i prawne.

Ostrzegają przed nimi choćby sędziowie Naczelnego Sądu Administracyjnego, którzy w swojej krytycznej opinii do ustawy wyborczej stwierdzili, że jeśli w dniu zakończenia kadencji Andrzeja Dudy nie dojdzie do zaprzysiężenia nowo wybranego prezydenta, to może dojść do chaosu i sytuacji niedopuszczalnej w państwie prawa. A właśnie w tę stronę zmierzają dzisiaj działania Senatu, o czym wprost mówi marszałek Grodzki, że po 6 sierpnia Polska może być bez prezydenta.

Pytanie tylko, czy ta gra Platformy obliczona na zwiększenie szans w wyborczym wyścigu Rafała Trzaskowskiego paradoksalnie nie zaszkodzi jemu samemu? Bowiem trudno dzisiaj będzie przekonać Polaków, zmęczonych już wielotygodniowymi sporami polityków o wybory, że to PiS doprowadził do kryzysu ustrojowego i braku głowy państwa.

Jan Kanthak: to polityczna obstrukcja Senatu

(ks)