https://media.wplm.pl/thumbs/ODI1L3VfMS9jY180ZDY3OC9wLzIwMjAvMDUvMjcvODI4LzUyMi8yN2Q3MmFkMTdhNjk0N2FhYTJjZDkwMGI1YmI3MTJhZi5qcGVn.jpeg
autor: PAP/Piotr Nowak

Daremne wysiłki opozycji. Żal tylko, że tak szkodzą Polsce

by

Praktycznie nie widzę możliwości, by opozycja polityczna zdołała przeszkodzić w przeprowadzeniu wyborów prezydenckich w terminie, który pozwoli na zaprzysiężenie nowo wybranego prezydenta 7 sierpnia, nie dopuszczając tym samym do sytuacji „bezkrólewia” na fotelu prezydenta RP.

Jeszcze do początku ostatniego tygodnia maja żyliśmy złudzeniami, że tym razem, opozycja polityczna, wkładając z umiarkowaną intensywnością patyk w szprychy obozowi rządzącemu, będzie razem z nim realizowała nieformalne porozumienie, by wspólnie zdążać do przeprowadzenia wyborów 28 czerwca. W środę niemal równo miesiąc przed wstępnie uzgodnioną datą wyborów uleczono media z tych złudzeń. Jakieś drobiazgi w różnych wcześniejszych wypowiedziach marszałka Senatu Tomasza Grodzkiego pozwalały doszukiwać się nuty o możliwości naruszenia niepisanej umowy o szybkim procedowaniu projektu ustawy wyborczej. Za takim rozwiązaniem teoretycznie przemawiało to, że tym razem w interesie opozycji w Senacie, a przede wszystkim samemu marszałkowi Grodzkiemu będzie zależeć na szybkim uwinięciu się z ustawą. Po to przede wszystkim, aby jak najwięcej czasu dać „dublerowi” Małgorzaty Kidawy-Błońskiej Rafałowi Trzaskowskiemu na kampanię wyborczą, a zapleczu Koalicji Obywatelskiej na zebranie podpisów za nowym kandydatem.

Coś musiało sprawić, że opozycja wróciła do melodii dobrze znanej sprzed 10 maja, kiedy robiła wszystko, aby nie dopuścić do wyborów. Zaplanowanych wówczas od ponad dwóch miesięcy. Teraz mamy powrót do znanej już strategii opozycji. Wydaje się, że obecny motyw nie wiele różni się od wcześniejszego, tego sprzed 10 maja. Opozycja doszła po raz drugi do przekonania, że odwlekając wybory zwiększają się szanse pokonania Andrzeja Dudy. Również obecnie, podobnie jak przed pierwszym majowym terminem wyborów, główna rola w storpedowaniu terminu 28 czerwca przypada Senatowi.

Nic dziwnego, że z usta marszałka Senatu wylatują gładko i śpiewnie te same frazesy, kłamstwa i manipulacje – podobnie określiła je marszałek Sejmu Elżbieta Witek Anna – jakie słyszeliśmy już przed 10 maja.

Największym, a zarazem najbardziej cynicznym kłamstwem jest hasło Tomasza Grodzkiego, iż „Senatorowie (opozycji – dop. JJ) w swojej pracy kierują się dobrem narodu i własnym sumieniem”. Grodzki oszustwo to marszałek Grodzki podlewa to sosem drobnej złośliwości mówiąc, że „Sejm powinien być nam wdzięczny że poprawiamy dokument stworzony w zaciszu pokoju przez dwóch panów” (chodzi o dwóch współautorów ustawy, którzy prezentowali w Sejmie pierwszą jej wersję – dop. JJ). Uzupełni maksymą powtarzaną za każdym razem, że Senat nie jest maszynką do głosowania.

Jaką grę prowadzi opozycja, Tomasz Grodzki odkrył całkowicie, mówiąc oficjalnie, że zagłosuje za poprawką wniesioną przez wicemarszałek Senatu Gabrielę Morawską-Stanecką (Lewica), która zakłada wejście w życie ustawy o wyborze prezydenta nie wcześniej niż 6 sierpnia, a więc w dniu kiedy kończy się obecna kadencja prezydenta Andrzeja Dudy. Marszałek Grodzki dodał, że nie obawia się tego, że po 6 sierpnia Polska byłaby bez prezydenta, bo „nie ucierpiałaby na tym powaga Rzeczypospolitej”.

Wypowiadając takie opinie, marszałek Grodzki bagatelizuje, a właściwie lekceważy zasady istnienia fundamentalnych ram państwa. Robi to tylko dlatego, aby zrealizować interesy partii, podporządkowane jednemu celowi – przejęcie władzy poza demokratycznymi regułami. Jest w tych zabiegach Marszalka Grodzkiego jakiś spory ładunek pędu do zaspokojenia swojego wybujałego ego.

Polacy, poza fanatykami antypisowskimi - to widzą. Toteż te iluzoryczne ambicje opozycji nie mają szans nabrać realnego kształtu.

Nawet jeśli wybory odbędą się 5 lipca, a nawet 12, a w przypadku II tury – odpowiednio 19 lub 26 , to zawsze ostateczne umocowanie nowo wybranego leżeć będzie w rękach Sądu Najwyższego. Zaś SN ma 21 dni na podjęcie postanowienia o ważności lub nieważności wyboru od momentu ogłoszenia wyników wyborów. Musi to robić nie później niż przed upływem trzech tygodni, ale ma prawo takie postanowienie – oczywiście po odbyciu merytorycznego posiedzenia - wydać wcześniej.

W najmniej korzystnym przypadku, od zakończenia wyborów w drugiej turze, pozostałoby równe dziesięć dni na ogłoszenie wyników oraz decyzję sądu. Sąd zaś z duchem swych powinności – zakładając, że nie jest tożsamy z opozycją polityczną ani z Senatem pod przywództwem Tomasza Grodzkiego – będzie miał wystarczająco dużo czasu, aby wydać swoje postanowienie.