https://www.dorzeczy.pl/_thumb/cf/f7/9b5f5a31cd7afb1e1f825e004137.jpeg
Zdjęcie ilustracyjneŹródło: PAP / Wojciech Olkuśnik

Sąd ostateczny

26 maja, dzień 84. Wpis nr 73 | Odbyła się ostateczna rozgrywka o polskie sądy. PiS zamknął klamrą swoje zmiany w sądownictwie, spowolnione i zmienione nieco przez prezydenckie weto. Niektórzy mówili, że z tym wetem to była ustawka, by wykazać niezależność Prezydenta od Nowogrodzkiej, ale to są głosy osób, którym nie dogodzisz. Weto nie – niedobrze, weto tak – też źle. Wiadomo: będzie dobrze jak PiS sobie pójdzie, bo nawet jak powie, że 2×2 to cztery, to znaczy, że dalej knuje, a zresztą logika ma obowiązywać dopiero jak już się go odsunie od władzy.

Ocen reformy sądownictwa było wiele, można ją było zrobić bardziej systemowo, zaś priorytety były raczej personalne i „antykastowe”. Fakt, że ustalone przy Okrągłym Stole kuriozum, że sędziowie sami się wybierają i rozliczają to osobna sprawa w stosunku do najważniejszej – kompletnej dysfunkcji systemu sprawiedliwości, z której nota bene środowisko sędziowskie chętnie korzystało. I zamiast zmienić otoczenie, które wymusiłoby na sędziach dostosowanie do nowych reguł, postawiono na wymianę „kasty”.

Kasta się oczywiście postawiła i widać było, że się będzie opierać. Teraz odegrano ostatni akt tego oporu – zmiany w Sądzie Najwyższym. Mieliśmy najpierw podchody: prezes Gersdorf ustąpiła zanim wyznaczono jej następcę, więc Prezydent musiał wyznaczyć p.o. prezesa SN tylko na czas wyłonienia nowego prezesa. Dymisja Gersdorf to było zaproszenie do przyszłego chaosu, jaki „środowisko” zgotowało samemu procesowi wyborów. Miała być jazda, więc pani Gersdorf miała być poza nią. Najpierw zaczęło się od skandalicznego comming outu na temat upodobań towarzysko-seksualnych sędziego, który miał przeprowadzić tylko wybory – prof. Kamila Zaradkiewicza. I to w wykonaniu Gazety Wyborczej, która tak bardzo broniła ludzi ciemiężonych przez system z powodu tych właśnie upodobań. I jak system pokazał, że seksualne preferencje nie mają dla niego znaczenia, bo sędziego nominował mimo ich istnienia, to Gazeta Wyborcza publiczności o tym przypomniała. Zaś publiczność wytrenowana od lat w kalizmie uznała, że jednym wolno, a drugim nie. I beka z sędziego. Potem odbył się cyrk z obstrukcją samych wyborów prezesa. Sędziowie Sądu Najwyższego przez klika dni nie byli w stanie skompletować składu komisji skrutacyjnej. Ale i tak już się pojawiały głosy, że bez względu kto wygra to i tak pozycja nowego prezesa może być kontestowana, jeśli nie wyłonią go spośród siebie i nie zaakceptują tzw. „starzy sędziowie”. Społeczeństwo było świadkiem już ostatniego (ostatecznego?) aktu skompromitowania wymiaru sprawiedliwości, gdy „ekstraklasa” sądownictwa odstawiała publiczny spektakl obstrukcji, waląc czasami głupa.

Pełniący obowiązki prezesa na czas wyborów nowego prof. Zaradkiewicz ustąpił i nowy p.o. Aleksander Stępkowski wybory przeprowadził. W końcu SN wytypował sędziów do nominacji przez Prezydenta, ale okazało się, że to nie wystarczy. Będzie jeszcze dogrywka. Prerogatywy Prezydenta są tu konstytucyjnie jasne – wybiera on spośród sędziów przedstawionych mu przez Zgromadzenie Ogólne Sądu Najwyższego. Czyli decyduje który z tych sędziów zostanie prezesem SN. Prezydent Duda zdecydował i się zaczęło. Że powinien wybrać tego sędziego, który miał w głosowaniu najwięcej głosów i tylko taki został mu przedstawiony przez Zgromadzenie Ogólne SN – ale wtedy po co prezydent, bo w takim wypadku prezesa zawsze wybierałby Sąd Najwyższy? I to piszą i mówią te same osoby, co dzieciom Konstytucję do łóżka czytały i paradowały z transparentami w obronie trójpodziału władzy. Wybór prezesa przez Prezydenta jest właśnie wyrazem takiego trójpodziału, który nie polega na tym, że wszystkie trzy władze fruwają sobie w kosmosie, tylko, że jedna władza kontroluje drugą. Potem poszło o to, że tak właściwie to SN nikogo nie wybrał, bo nie podjął uchwały, ale jak wyszło, że robił tak zawsze lata wcześniej, to się trochę uspokoiło.

I teraz słyszmy, że może i jakoś tam z konstytucją było może i ok, ale już sama prezes ma słabą pozycję, ba, utraci status sędziego, bo wybrano ją w wątpliwej procedurze, przez sędziów co do których inni sędziowie mają wątpliwości czy są oni sędziami i że nowa pani prezes pracowała kiedyś w ministerstwie pod wodzą znienawidzonego ministra Ziobry. Czyli jej legitymacja do prezesury jest podważalna, zaś wszelkiej jej posunięcia z góry skazane na zarzut politycznej zawisłości. Taka inwestycja na przyszłośc, by było o co robić dym.

Lud się temu przygląda i cznia powyższe wygibasy prawne. Ale widział ostatni akt samozaorania się sądownictwa w Polsce. I to się działo w Sądzie Najwyższym, który dla Polaków miał być ostateczną ostoją sprawiedliwości. Widzieli sędziów walących głupa, pytających się o dezynfekcję sali, przedłużających żenujący spektakl. I to są niepowetowane straty – bez względu na to, która strona jak to ocenia. Czy jako ostateczny skok PiS-u na sądownictwo (to zobaczymy, jak się odezwie w sprawie… Bruksela, a odezwie się – już tam „nasi” przypilnują) czy jako ostatnia walka starego układu o pozostanie w uprzywilejowanej pozycji kasty, którą zagwarantował jej układ Okrągłego Stołu.

Lud to widział, zapamiętał i wie, że te pohulanki dotrą kiedyś do jego lokalnego sądu. Nie wiem kto i kiedy to odbuduje, ale społecznie ugruntowane poczucie, że prawo nie jest prawem a sprawiedliwość – sprawiedliwością prędzej czy później resetuje CAŁY układ. Dzisiaj granie, że „przed nami choćby potop” wygeneruje to czego chcą polityczni macherzy – właśnie zamieszanie.

A nie ma czegoś takiego jak kontrolowany potop.

Jerzy Karwelis

Więcej wpisów na blogu „Dziennik zarazy”.